Saleh przylatuje do Wielkiej Brytanii z Zanzibaru i prosi o azyl. Ma 70 lat i cały jego bagaż to podręczna torba, w której skrywa swój największy skarb – mahoniowe pudełko. W poprzednim życiu miał wszystko, a teraz jest anonimowym starszym panem i jedyną jego bronią w zetknięciu z nową rzeczywistością jest milczenie.
Latif to młody utalentowany profesor literatury, który mieszka samotnie w Londynie i zna język, jakim posługuje się Saleh. Drogi obu mężczyzn przecinają się w nadmorskim miasteczku, kiedy okazuje się, że łączy ich coś więcej niż tylko kraj, z którego pochodzą.
Z uwagi na brak kolonialnych doświadczeń dzieje Czarnego Lądu dla statystycznego Polaka stanowią istną białą plamę, jego wiedza w tym przedmiocie ogranicza się do bardzo podstawowych stereotypów, których źródło często stanowi sienkiewiczowska proza. Odkrycie, iż w istocie kontynent afrykański jest istnym tyglem odmiennych ludów i historii, wcale nie wymaga aż tak wielkiego wysiłku, zgodnie z rekomendacją Komitetu Noblowskiego wystarczy sięgnąć po książki
Abdulrazaka Gurnaha.
„Nad morzem” początkowo wydaje się książką traktującą o współczesności, co może być nieco rozczarowujące dla czytelnika spragnionego egzotyki pełną piersią, a w konsekwencji przekonanego, iż takowa wymaga podróży nie tylko w przestrzeni, lecz również i czasie. Współczesny czytelnik z Zachodu, a zaryzykuję tezę, że zwłaszcza nadwiślańskiej proweniencji (o ile uznać jego przynależność do świata Okcydentu), niespecjalnie przepada bowiem za migrantami, zwłaszcza posuwającymi się nawet do oszustwa, a to w imię azylu.
Tak naprawdę jednak wciąż jest to książka traktująca właśnie o historii Afryki (wschodniej) i Afrykanów (wschodnich), dla statystycznego Polaka jeszcze mniej znanych, niż ich zachodni „ziomkowie”. Tym razem jednak stanowi ona swego rodzaju rozrachunek nie tyle z czasami kolonialnymi (choć i owszem), lecz epoką zaistniałą po lokalnej odsłonie „końca historii”
Fukuyamy, czyli wybiciu się na niepodległość.
Autor znowu wbrew swego rodzaju modom dokonuje rozrachunków nie z problemem neokolonializmu, lecz wskazuje na własne „grzechy” lokalnych społeczności, wskazując na uniwersalną skłonność ku podłości, przejawiającą się w wewnątrzrodzinnych nadużyciach, jak i ogólnopaństwowemu zepsuciu.
Zachwyca nade wszystko swada, z jaką autor odmalowuje obrazy mroczne, jednak właściwie ani przez moment nie kreujące u czytelnika strachu. Bawi z kolei swego rodzaju naiwność w prezentacji zupełnie egzotycznych dla pisarza realiach Europy zza Żelaznej Kurtyny, choćby w zakresie łatwości podróżowania rzekomo dostępnej dla „wostoczniaków”.
„Nad morzem” to powieść diametralnie odmienna od
„Powróconych” i
„Raju”, lecz w każdym zdaniu, każdym odmalowanym obrazie jako żywo przywodzącą na myśl tego samego autora. Jest to kolejna pozycja dowodząca, że Literacka Nagroda Nobla nie była dla pisarza rodem z Zanzibaru żadną przesadą.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|