Nowy Resident Evil to swoiste domknięcie dotychczasowych odsłon i laurka twórców do fanów marki.
Jeżeli miałbym wskazywać, który deweloper w branży gier w ostatniej dekadzie zasługuje na miano najlepszego, tak z na czele tego peletonu zdecydowanie widoczny byłby
Capcom. Firma ma fenomenalną passę i tak w zasadzie w świetle doniesień na temat nowej odsłony ich kultowego survival horroru, byłem zupełnie spokojny o jakość produkcji.
Gra rozpoczyna się „niewinnie”. Poznajemy nową protagonistkę, delikatną (jeszcze) i mało doświadczoną (też jeszcze) agentkę FBI - Grace Ashcroft - której powierzono pewne zadanie, a które ściśle wiąże się z miejscem, gdzie przed laty doszło do tragedii, jaka odcisnęła na kobiecie piętno. Hotel Wrenwood. To tu Grace straciła matkę (postać skądinąd też znaną konsolowym fanom serii). I tu zacznie się jej koszmar, zwłaszcza kiedy napotka pierwszego zarażonego. A niedługo potem doktora Victora Gideona (główny adwersarz gry zalicza udany występ).
W tym właśnie punkcie wkracza ON. Cały na czarno, ulubieniec miłośników serii, Leon S. Kennedy. Jednoosobowy chodzący arsenał również podąża pewnym tropem, który ponownie niebezpiecznie krąży wokół spuścizny po wirusie T i prowadzi prosto do wspomnianego doktorka. Ścieżki obu grywalnych postaci naturalnie wkrótce się przetną. W ośrodku opieki medycznej Rhodes Hill…
Gra naprzemiennie zmienia nam protagonistów, których różni przede wszystkim nieco odmienny styl grania. Grace jest nowicjuszką, która ma mało dostępnej amunicji, a gra nią nastawiona jest na dużo więcej kombinowania, w tym jak zwyczajnie przeżyć. Skupia się ona na znajdowaniu przeróżnych gratów i craftingu. Pośród wytwarzanych dóbr zdecydowanie króluje specyfik, który powoduje natychmiastową dezintegrację komórek wirusa, co prowadzi do efektownej, krwawej implozji zarażonego. Najpierw jednak wypadało by się do takiego absztyfikanta zakraść.
Także w skórze agentki przyjdzie nam pokonać najbardziej „intensywne” fragmenty, jeżeli za wyznacznik bierzemy grozę. Kiedy napotykamy na swojej drodze pewną postać, która aż za bardzo lubi przemierzać szyby wentylacyjne, tak nie sposób odmówić grze gęstego klimatu, któremu dodatkowo towarzyszy uczucie niepokoju. Co prawda ma się z tyłu głowy tę świadomość, że w walce z wrogiem może pomóc źródło światła, ale nie zawsze bywa ono od razu dostępne. Ciśnienie odpowiednio skacze przy każdym takim niespodziewanym spotkaniu. Zwłaszcza, że gra średnio wybacza błędy,które to są okupione stosowną wstawką o mocnym zabarwieniu gore.
Resident Evil Requiem - recenzja
|
|
|
|
|
| | 1 | 2 | 3 | następna >>
|