Naszym WszechÅ›wiatem rzÄ…dzi fizyka, wiÄ™c podróżowanie szybciej niż prÄ™dkość Å›wiatÅ‚a nie jest możliwe. Tak byÅ‚o, dopóki nie odkryto Nurtu – pozawymiarowego pola, do którego możemy uzyskać dostÄ™p w okreÅ›lonych punktach Czasoprzestrzeni, a ono niesie nas do innych Å›wiatów, krążących wokół innych gwiazd.
Ludzkość wyruszyła z Ziemi w kosmos i z czasem zapomniała o swoim rodzimym świecie, tworząc nowe imperium, Wspólnotę, której etos mówi, że żadna z placówek zamieszkanych przez człowieka nie jest w stanie przetrwać bez pozostałych. To stanowi barierę dla międzygwiezdnych wojen, ale też system kontroli władców nad imperium.
Nurt jest wieczny, ale nie statyczny – tak jak rzeka zmienia swój bieg, odcinajÄ…c różne Å›wiaty od reszty ludzkoÅ›ci. Kiedy przemieszczanie siÄ™ Nurtu zostaje odkryte – co może siÄ™ zakoÅ„czyć odizolowaniem wszystkich miejsc zamieszkanych przez czÅ‚owieka poprzez uniemożliwienie podróży szybszych niż prÄ™dkość Å›wiatÅ‚a – troje ludzi: naukowiec, kapitan statku kosmicznego oraz cesarzowa Wspólnoty, prowadzÄ… wyÅ›cig z czasem, żeby zbadać co, jeÅ›li w ogóle cokolwiek, da siÄ™ uratować z miÄ™dzygwiezdnego imperium, znajdujÄ…cego siÄ™ na krawÄ™dzi rozpadu.
Gatunek tzw. space oper zwykÅ‚ popadać w jednÄ… z dwóch skrajnoÅ›ci – albo cechować siÄ™ daleko posuniÄ™tym zadÄ™ciem (jak chociażby – pomimo swych niekwestionowanych walorów – pierwsze tzw. sezony
„Star Treka” czy cykl o Diunie pióra
Franka Herberta, o
dzieÅ‚kach jego syna nie wspominajÄ…c), albo też brakiem jakiejkolwiek powagi, stanowiÄ…c w istocie komediowy podrodzaj w „galaktycznym” anturażu (tu zaÅ› „kÅ‚ania siÄ™” chociażby
twórczość Douglasa Adamsa).
John Scalzi dowodzi jednak, iż wcale tak być nie musi.
„UpadajÄ…ce imperium” to pierwszy tom serii, wybitnie zresztÄ… powstaÅ‚y z myÅ›lÄ… o ciÄ…gu dalszym, acz mimo to tworzÄ…cy pewnÄ… caÅ‚ość, co prawda obarczony stosownym cliffhangerem, który jednak od biedy można by byÅ‚o potraktować w kategoriach cedujÄ…cego stosowny ciężar wyobraźni czytelnika. Można jednak zachować spokój, albowiem stosowna kontynuacja w istocie powstaÅ‚a.
Autor zgodnie ze swego rodzaju modÄ… ostatnich czasów prezentuje historiÄ™ z perspektywy kilku postaci, jednakże nie poÅ›wiÄ™ca im tożsamej uwagi. Co wiÄ™cej, stroni on raczej od maniery nakazujÄ…cej nakÅ‚adać kolory o najróżniejszych odcieniach, co i rusz zmieniać kontrasty pomiÄ™dzy nimi – czytelnik nie ma wÄ…tpliwoÅ›ci po czyjej „stronie” stoi pisarz i wraz z nim stanąć winien czytelnik. Co nie zmienia faktu, że od czasu do czasu zachowuje siÄ™ on iÅ›cie po hitchcockowsku.
Niewątpliwym atutem powieści jest obecny na jej kartach humor, dość specyficzny, ale raczej naturalny, niewymuszający u czytelnika roześmiania się. Jest on jednak umiejętnie dozowany, nie czyniąc z całości pastiszu ani nie urągając (zanadto) psychologicznemu prawdopodobieństwu snutej opowieści. Można odnieść wrażenie, iż autor hołduje przekonaniu o wpisanej w konstrukcję świata tezie o znaczącej roli absurdu w życiu tak pojedynczego człowieka, jak i całych społeczeństw, czasami skrywającego się w mroku, czasami zaś wysuwającym na pierwszy plan.
Gdyby
Isaac Asimov tworzył swoją
„FundacjÄ™” wraz z
Terrym Pratchettem, obaj zaÅ› wychowaliby siÄ™ w epoce teleskopu Hubble’a i MiÄ™dzynarodowej Stacji Kosmicznej, to jest dość prawdopodobne, że w niebagatelnym stopniu przypominaÅ‚aby ona wÅ‚aÅ›nie
„UpadajÄ…ce imperium”. I jakkolwiek tÄ… ostatniÄ… pozycjÄ™ nie sposób lokować na tej samej mentalnej półce co najwiÄ™ksze dzieÅ‚a wymienionych na poczÄ…tku pisarzy, to książce
Johna Scalziego zdecydowanie bliżej tych tytanów niźli różnorakim „kosmicznym” produkcyjniakom.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|