Sunken Realms można odbierać jako list miłosny twórcy do gatunku action RPG, zapożyczający dla siebie kilka charakterystycznych elementów z gatunku soulslike’ów. Jest to też pozycja należąca do wąskiego grona udanych tytułów, które zostały zrealizowane tylko przez jedną osobę. To imponujące osiągnięcie, choć obecnie na pewno ździebko łatwiejsze dzięki dostępności narzędzi AI. Szkoda tylko, że gra wydaje się być co prawda dalekim, ale jednak krewnym The Elder Scrolls II: Daggerfall.
W grze pokierujemy losem niejakiego Alrica, miejskiego strażnika, który zawędrował w te rejony, wiedziony ostatnim śladem, jaki ostał się po jego ojcu. Pobliskie ruiny podziemnego królestwa Aedarii mają złą sławę, a mimo to kuszą skarbami wielu śmiałków i właśnie jednym z nich miał być rodzic naszego protagonisty. Naszym wiodącym zadaniem będzie przede wszystkim odkryć co się stało z zaginionym i przy tym przeżyć.
Od początku dostajemy dostęp do małego obozu, a za kompana mamy brodatego jegomościa, który o okolicy zdaje się wiedzieć aż za dużo. To od niego dostaniemy Glyss, „żywe” światełko, które będzie nam towarzyszyło podczas podróży, stanowiąc substytut pochodni. Rozmowy przy ognisku będą też momentem popychania fabuły do przodu, aczkolwiek takie możliwości pojawią się dopiero po odnalezieniu notatek ojca w przestrzeni pomiędzy poziomami, zaraz po pokonaniu „bossa”. Sam scenariusz jest pełen klisz i przedstawiony został w prosty, aczkolwiek angażujący sposób. Na pewno mimika robi tu wrażenie, bo postacie są dosyć ekspresyjne.
Gra reklamowana jest generatorem losowych pomieszczeń, dzięki czemu w razie ponownego powrotu pod ziemię każda rozgrywka ma wyglądać inaczej. I tak, i nie. Odniosłem wrażenie, że po prostu na dany poziom w puli dostępna jest bardzo niewielka kupka wariantów i gra zwyczajnie zmienia położenie już wykorzystanych dotąd opcji, przez co niekiedy już podczas drugiego wypadu wiedziałem, że zaraz napotkam ślepy zaułek albo w jakimś fragmencie mogę się spodziewać danego wroga. Jest to więc nieco ograniczony mechanizm.
Pozostałości podziemnego królestwa są jednak w miarę zróżnicowane. Mamy tu murowane, zamkowe korytarze. Są kanały. Jest kopalnia czy nekropolia - łącznie sześć średniej wielkości lokacji. Każde miejsce ma dosyć wyraźny styl, ale na czoło wysuwa się tu zdecydowanie jaskinia pełna świecących grzybów. Na każdym poziomie mamy za zadanie najpierw znaleźć klucz, a następnie pokonać bossa albo większą grupkę przeciwników. Dodatkowo gdy po drodze udało nam się wybić do nogi wszystko co żyje, uzyskamy dostęp do małego skarbca. Potem wchodzimy na kolejny poziom i ponownie jedziemy ww. schematu.
Szkopuł w tym, że początkowo jesteśmy bardzo słabo przygotowani do takiej wyprawy. Startowe graty są w miarę słabe i walka nimi na dalszych etapach to istna mordęga. Trzeba więc zbierać materiały, jedzenie i pieniądze, aby móc albo się rozwijać, albo zapewnić sobie przetrwanie. Śmierć bowiem to restart całego środowiska, oznaczający utratę dobytku i zmuszający nas do powtarzania tych samych etapów.
Warto więc regularnie wracać do obozu i opróżniać kieszenie. Materiały posłużą nam do wyrobu lepszego oręża, zwłaszcza że na każdym poziomie mamy inne surowce. Znalezione jadalne rzeczy należy regularnie przerabiać na potrawy, które zapewnią chociażby czasowe odzyskiwanie zdrowia/many czy umożliwią wytwarzanie wydajniejszych eliksirów. Aspekt ten jest w zasadzie nie do pominięcia, bowiem tego co znajdziesz na wojażach nie jesteś w stanie zjeść bez obróbki, więc na potrzeby leczenia masz tylko to, co zabrałeś z obozu (poza rzadkimi potionami).
Sunken Realms - recenzja
|
|
|
|
|
| | 1 | 2 | następna >>
|