Pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku zdumiona ludzkość w bolesny sposób się przekonała, że żyje w multiwersum - że poza naszym istnieje najprawdopodobniej nieskończenie wiele równoległych wymiarów. Każda linia czasowa jest inna, ale na zaledwie kilku z odwiedzonych dotąd alternatywnych Ziem istnieją cywilizacje zdolne do wydobywania bezcennej krystalicznej substancji zwanej czarnobylitem. Stanowi ona nie tylko źródło taniej i nieograniczonej energii. Jest także kluczem do eksploracji innych światów. Paradoksalnie ten minerał pozyskuje się z miejsc najbardziej skażonych Czarnobylitem - pisanym przez duże C. Bytem? Wirusem? Nie wiadomo. W każdym razie jedną z podstawowych sił rządzących multiwersum.
W drugiej połowie XXI wieku poszukiwaniem linii czasowych bogatych w czarnobylit zajmują się planewalkerzy. Misje, których się podejmują, są wyjątkowo niebezpieczne. Jak wyprawa na Ziemię 189 C, gdzie nic nie idzie zgodnie z planem. Po jej wykonaniu Adam Zahorski, jeden z najlepszych ludzi w branży, zamiast udać się na zasłużony urlop, prosi o kolejny przydział. Tym razem jego zadanie ma być łatwiejsze. Musi ustalić, kto złamał pakt zawarty pomiędzy cywilizacjami eksploatującymi multiwersum. Skok na Ziemię 156 B kończy się jednak odkryciem, które burzy stary porządek świata.
Katastrofa czarnobylska pozbawiła życia wiele istnień, a znacznie większą ich liczbę w taki czy inny sposób zrujnowała, nie mówiąc o dewastacji całych obszarów. Narosło jednak wokół niej wiele mitów, niektóre zaś zostały upowszechnione nawet przez tak godne pióra jak noblistki
Swietłany Aleksijewicz. Stworzyły one jednocześnie znakomitą pożywkę dla popkultury, której przykładem jest książka
Roberta J. Szmidta.
W przypadku
„Emisariusza” sprawa jest jeszcze bardziej złożona – bądź prostsza, zależnie od przyjętej perspektywy – a mianowicie mamy do czynienia z produkcją „franczyzową”, czyli wspierającą produkt główny, którym w tym przypadku jest seria gier
Chernobylite. Nie da się ukryć, że wiele tego rodzaju pozycji trudno określić lepiej niż mianem „produkcyjniaka”, lecz w rzeczonym przypadku nie jest tak źle.
Przyznam na wstępie, iż w produkcje
The Farm 51 nie miałem jeszcze okazji zagrać, w konsekwencji nie jestem w stanie ocenić stopnia wierności książki wizji autorów gry. Postanowiłem jednak do niej podejść inaczej, a mianowicie rozważyć, czy byłaby w stanie ona zainteresować mnie na tyle, bym sięgnął po pierwowzór – i muszę przyznać, że odpowiedź jest zasadniczo pozytywna.
W swej publikacji autor wywija istne hołubce pomiędzy twórczością braci
Strugackich i kultową serią gier (i nie tylko)
Fallout, przy okazji zaś dane nam będzie uświadczyć wędrówek po światach równoległych – i aż prosi się o dopisanie frazy „itepe itede”. O dziwo jednak zachowuje on tu nawet nie równowagę, co pewien wdzięk. Jego opowieść nie jest może porywająca ani przesadnie oryginalna, zachowuje jednak uwagę czytelnika, nawet jeżeli ten odnosi wrażenie, iż z każdym z wątków spotkał się już wcześniej.
Główną wadą
„Emisariusza” jest właśnie pewien brak oryginalności, pisarskiej śmiałości autora, być może wynikającej po trosze z kontraktowych zobowiązań. Nie jest to książka zła, lecz dość wtórna. Nie obraża ona (przeważnie) inteligencji czytelnika, lecz również niekoniecznie rozpala jego wyobraźnię.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|