Estetyczna oprawa, kolorowa okÅ‚adka, epickie strugi krwi i powszechne motywy każą sÄ…dzić, że „Prawo Caine'a” Matthewa Woodring Stovera to przyjemne, niezobowiÄ…zujÄ…ce fantasy na dwa, trzy wieczory. Jak bardzo można siÄ™ pomylić wzglÄ™dem owej lektury brutalnie dowiadujemy siÄ™ już od pierwszych zdaÅ„ dzieÅ‚a i zapamiÄ™tujemy raz na zawsze, że nie należy oceniać książki po okÅ‚adce.
To już czwarty tom z cyklu o legendarnym Cainie i nie jest to bez znaczenia dla czytelnika, który wcześniej nie miał styczności z sagą.
Stover wymaga od odbiorcy dogłębnej znajomości wcześniejszych wydarzeń, ponieważ akcja toczy się przed, równolegle, a także między wydarzeniami opisanymi w poprzednich tomach. Nawet jeśli ktoś ma za sobą lekturę tychże i tak może poczuć się zagubiony, wśród chaotycznych rozdziałów. Książka jest bowiem niespójna w pełnym tego słowa znaczeniu. Wciąż następują niezrozumiałe przeskoki w czasie, miejscu i akcji, które bardzo trudno jest jakoś uzasadnić.
Implikuje to niezrozumiałą fabułę, w której odnajdzie się tylko najwierniejszy fan Caine'a. Bohater na początku przebywa w więzieniu, gdzie organizacja zwana Studiem chce go po raz ostatni wykorzystać do wielkiego przekrętu. Ten ma jednak inne plany i po raz kolejny udowadnia, że nie należy do ludzi, którymi można manipulować. Caine realizuje więc najbardziej zmyślny plan, jaki mógłby urodzić się w czyjejkolwiek wyobraźni, angażując w niego przyjaciół, wrogów i bogów.
To tyle w teorii, idę o zakład, że każdy czytelnik tego dzieła opowiedziałby tę historię zupełnie inaczej.
Stover przesadza w książce ze środkami artystycznymi, produkując bełkot, chwilami balansujący na granicy grafomanii. Autor używa na przykład bardzo niewybrednych przekleństw, nie tylko w dialogach, ale także w narracji (!!!) (swoją drogą, względem której też nie może się zdecydować, czy jest pierwszo- czy trzecioosobowa). Dodatkowo boli duże nagromadzenie dialogów, które zajmują większą część powieści. Co prawda, dzięki nim w ogóle da się to czytać, ale nie sądzę, żeby w tym szaleństwie była jakaś metoda.
To prawda, książka miewa swoje lepsze momenty, które pochłania się z zapartym tchem. Bez wątpienia należą do nich rozdziały o Końskiej Wiedźmie, istocie, w której zakochuje się bohater. Wśród niektórych rozdziałów autor pisze parę mądrych zdań, które zapadają w pamięć i sprawiają wrażenie mądrych. Żeby jednak do nich dotrzeć, czytelnik musi uzbroić się w anielską cierpliwość, szczególnie na początku powieści, przez który przebić się jest po prostu trudno.
„Prawo Caine'a” jest dla mnie kwintesencjÄ… czytelniczej irytacji. Nie chodzi już o nagromadzenie dialogów czy żenujÄ…ce wulgaryzmy.
Stover popełnił w niej największy błąd jaki może popełnić pisarz, czyli stworzył bohatera, który nie wzbudza w czytelniku nawet odrobiny sympatii. Cain (mający swoją drogą w powieści jeszcze około pięciu innych imion) jest tak butny, wyniosły i nieomylny, że nawet Konrad z III części
„Dziadów” poczuÅ‚by siÄ™ zawstydzony. Caine siÄ™ nie myli, zawsze ma w zanadrzu intrygÄ™, supermoce albo fanatyczkÄ™, która zrobi dla niego wszystko, dziÄ™ki czemu wywinie siÄ™ z każdej opresji, nawet jeżeli stoi sam naprzeciw milionowej armii. OczywiÅ›cie wczeÅ›niej nie omieszka ukarać wszystkich, którzy oÅ›mielili mu siÄ™ sprzeciwić.
Nie chcę być niemiły względem
Stovera, bo te ponad pięćset stronnic powieści mają swoje bardzo mocne punkty. Widać, że autor potrafi pisać, jeśli akurat nie chce wszystkiego skomplikować. Jednak patrząc na całość nie mogę tej powieści podsumować innymi słowami, niż metafizyczno-filozoficzne pitolenie o Szopenie bez specjalnej fabuły, wstępu, rozwinięcia i zakończenia, balansujące na granicy grafomanii. Książka jest taką hipsterską wariacją na temat futurystycznego Konrada Walenroda. Dzieło pozuję na awangardowe, nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale bez wątpienia jest to tylko pozerstwo. Dla fanów Caine'a, którzy chcą się zagłębić w ten świat od zupełnie innej strony, bez wątpienia się nada.
|
| Autor: WSP
|
|
|
|
|