Homeryckie pieśni poświęcone bojom pod Troją, a następnie powrotowi ich uczestnika Odysa zaliczają się do jednych z najstarszych skarbów tego, co zwykło się określać mianem europejskiej kultury. Ich epickość wręcz dopraszała się o wielkoekranowe blockbustery, jednakże Hollywood długo się przed tym wzbraniało, właściwie zadowalając się jedynie pierwszym tekstem. Nadszedł jednak czas Christophera Nolana.
Jego interpretacja oczywiście nie stroni od własnej licencji poetyckiej, a przeszło trzygodzinny obraz i tak nie był w stanie poruszyć wszystkich wątków, które u odbiorcy tekstu wzbudzały emocje i zapadały mu w pamięć, lecz uwzględnia on bodaj wszystkie podstawowe skojarzenia z wędrówką króla Itaki. Dość umiejętnie rozwija on również motywy nieco poboczne, jak uczucia targające Penelopą i Telemachem, choć jeśli gdzieś szukać niewykorzystanego potencjału, to należałoby ich szukać właśnie w ojczyźnie Odyseusza.
Chyba największym rozczarowaniem jest postać kreowana przez
Roberta Pattinsona. I nie, nie zamierzam utyskiwać nad jego grą aktorską, lecz niestety jak na współczesne standardy razi jednowymiarowy sposób napisania tego antybohatera. W oczywisty sposób czyni to dylematy Penelopy mniej wątpliwymi.
„Odyseja” to obraz zresztą wywołujący dość ambiwalentne uczucia. Z jednej strony nietrudno o pobłażliwe uśmieszki nad zabiegami reżysera o oscarowe gratyfikacje, przejawiające się chociażby w zdecydowanej nadreprezentacji jak na standardy Grecji dowolnej epoki osób o czarnej karnacji, jak też ich równorzędnemu traktowaniu przez pozostałe postacie. Ot, znak naszych czasów… Z drugiej czasami można się zastanawiać, czy
Nolan nie jest aby zanadto powściągliwy w sięganiu po osiągnięcia nowoczesnego CGI. Śmiem twierdzić, iż niejeden widz będzie rozczarowany kreacją Polifema czy Scylli.
Do gustu z kolei przypadła mi implementacja Nauki w kanwę opowieści. Dla niejednego widza tajemniczy może być koncept Ludów Morza przewijający się w tle przez całą historię, podobnie jak nie do końca zrozumiała kończąca wypowiedź o popadnięciu w pieśni ludu wszak znającego pismo, lecz wtręty te mogą go też zafascynować, a w istocie jest czym.
„Odyseusz” niewątpliwie stanie w szranki bojów o najcenniejsze nagrody filmowe za bieżący rok. Już wiadomo, że film notuje świetne wyniki box office. Jednakże jakkolwiek nie jest to dzieło ani miałkie, ani przeciętne, to nie jestem przekonany, czy wykorzystuje ono w pełni potencjał majstersztyku starożytności.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|