Spitsbergen, czasy zimnej wojny. Na wyspę przybywa sześciu pasażerów, wśród nich John Smith – młody mężczyzna z brytyjskim paszportem, który podaje się za naukowca i trafia do polskiej stacji polarnej. Wkrótce jeden z członków ekspedycji ginie zaatakowany przez niedźwiedzia polarnego. Czy to możliwe, że się nie bronił?
W zamkniętej społeczności, odciętej od świata przez nadchodzącą noc polarną, napięcie i nieufność rosną. Smith, zgłębiając sprawę śmierci polarnika, wikła się w sieć intryg i podejrzeń, staje się też elementem niebezpiecznej rozgrywki, która może zmienić losy świata. Ale czy on sam jest tym, za kogo się podaje? I jaką rolę odgrywają w tej odległej, podbiegunowej osadzie Ojcowie Grzesznicy, starsi wioski spod Biełomorska?
Szczepan Twardoch lubuje się w arktycznych klimatach, lektura półbiograficznego
„Chołodu” nie mogła pozostawić wątpliwości, że realia Spitsbergenu (pardon, Svalbardu) i jego sąsiedztwa są szczególnie bliskie jego sercu. Nie należy więc dziwić się, iż usiłuje on podzielić się swoją fascynacją z czytelnikami.
„Zimne wybrzeża” powstały przed wspomnianym
„Chołodem”, lecz dla czytelnika tego ostatniego nie będzie to stanowiło żadnego problemu. Da się dostrzec pewne tożsame sentymenty, lecz w przeważającej mierze nieco inne jest miejsce akcji, dotyczy ono innej epoki i nieco innych wątków. Daje się już dostrzec fascynacja historią jeszcze nie aż tak odległą, ale też i ucho wyczulone na „niesamowitości”.
Omawiana książka prezentuje bohatera na wskroś „twardochowego”, poranionego przez historię i dźwigającego blizny na duszy, lecz imponującego zaradnością i pokonującego piętrzące się przed nim trudności z może nie gracją czy wdziękiem, lecz determinacją i definitywnością lodołamacza. Jednakże bez złudzeń wobec ludzkiej natury i ludzkiej historii, choć wciąż zdolnego do zadziwienia kaprysami Losu.
Daje się jeszcze dostrzec pewne niewyrobienie śląskiego pisarza, przynajmniej na tle jakości jego późniejszego pisarstwa. Czasami przejawia się to w pewnej naiwności czy zbyt prostej konstrukcji danego wątku. Autor nie traci jednak ani na moment najważniejszego – zainteresowania czytelnika.
„Zimne wybrzeża” to książka, która swymi pomysłami mogłaby śmiało rozrosnąć się do pozycji o co najmniej podwójnej objętości. Nie straciła również niczego na swej uniwersalności, a można nawet rzec, że i aktualności. Raczej nie zawiedzie miłośników prozy literata z Pilchowic, a zarazem może oczarować po raz pierwszy osoby z nią jeszcze niezaznajomione.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|