Stuart Hadley, na co dzień sprzedawca w sklepie radiowo-telewizyjnym, jest gniewnym młodym człowiekiem: artystą, marzycielem, ale i nieudacznikiem. Wydawałoby się, że ma to, co wielu innych uznałoby za życie idealne: piękną żonę, syna, ładne mieszkanie, porządną pracę, on jednak wciąż czuje się niespełniony. Najpierw próbuje wypełnić pustkę alkoholem i seksem, potem zaś - fanatyzmem religijnym, ale to nic nie pomaga, a wręcz doprowadza go do szaleństwa.
Stare powiedzenie głosi, iż niepublikowane rękopisy winno się po śmierci ich autora spalić. Skoro bowiem nie wyszły one poza zakamarki szuflad, znaczy to nie więcej jak to, iż twórca uznał je za słabe, zbyt odległe od swej wizji, by zasługiwały one na okazanie światu. Cóż jednak począć, gdy prawa marketingu nakazują spadkobiercom publikować wszystko co popadnie, byle zgodnie z prawem móc to opatrzyć nazwiskiem rozchwytywanego autora. Tak było chociażby z
„Dziećmi Hurina” Tolkiena, czy podobnie rzecz siÄ™ bÄ™dzie miaÅ‚a z „nieznanÄ…” twórczoÅ›ciÄ… innego kultowego pisarza –
Philipa K. Dicka?
PoczÄ…tkowo tak mi siÄ™ zdawaÅ‚o gdy usÅ‚yszaÅ‚em o wydaniu „dotychczas nieznanego” dzieÅ‚a amerykaÅ„skiego twórcy. PomyÅ›laÅ‚em, iż to kolejny klasyczny „skok na kasÄ™”, którego efektem bÄ™dzie przy okazji maÅ‚e zszarganie opinii autora, pozbawionego zresztÄ… jakiejkolwiek możliwoÅ›ci obrony. TrochÄ™ jednak w tym przekonaniu zostaÅ‚em zachwiany już po lekturze krótkiego opisu umieszczonego na tylnej okÅ‚adce. Otóż informuje on, że
„GÅ‚osy z ulicy” bynajmniej nie sÄ… bynajmniej pozycjÄ… z gatunku science fiction, za które to
Dick właściwie jest tak hołubiony, lecz raczej powieścią realistyczną, które w sporej ilości tworzone były przez Amerykanina w początkowym okresie jego pisarstwa. Zadziwiająca szczerość. I pozytywnie nastrajająca.
Talentem
Dicka zawsze – także już u zarania przygód z piórem – byÅ‚a umiejÄ™tność stworzenia przy pomocy naprawdÄ™ niewielu opisów doprawdy udanych charakterystyk postaci z krwi i koÅ›ci, zupeÅ‚nie wiarygodnych. I zazwyczaj maÅ‚o sympatycznych, czÄ™sto niezrównoważonych psychicznie. Podobnie rzecz siÄ™ ma i w
„GÅ‚osach” – może poza raczej maÅ‚o istotnymi osobami Ellen i Alice każdej postaci można zarzucić, iż „z jej gÅ‚owÄ… coÅ› jest nie w porzÄ…dku”.
Dużym atutem powieści są dialogi, na których zresztą w większości owo krótkie dziełko bazuje. Pojedyncze wypowiedzi nie są zbyt rozbudowane, stanowią jednak niejako klucz do kolejnych i kolejnych drzwi następnych myśli.
Powieści tej nie brakuje też refleksji zupełnie typowych dla późniejszego
Dicka, tyczÄ…cych siÄ™ choćby sfery religijnej. Widać w niej zaczÄ…tek – ale tylko zaczÄ…tek – dla późniejszych pozycji zgłębiajÄ…cych ten temat, tak niesamowicie zwieÅ„czony przez „boskÄ… trylogiÄ™” z
„Valisem” na czele. Niestety odniosÅ‚em wrażenie, że wÄ…tek ten wÅ‚aÅ›ciwie nie zostaÅ‚ w peÅ‚ni ukoÅ„czony, niejako zostaÅ‚ odÅ‚ożony „na później”, które jednak nigdy nie nastÄ…piÅ‚o, nie przy okazji tego rÄ™kopisu…
„GÅ‚osy z ulicy”, co należy raz jeszcze podkreÅ›lić z peÅ‚nÄ… mocÄ…, sÄ… pozycjÄ… zupeÅ‚nie innego rodzaju niźli
„Ubik” czy
„Blade runner” i wielbiciele tychże mogÄ… siÄ™ poczuć jeÅ›li nie rozczarowani, to co najmniej zagubieni. Nie znaczy to jednak, iż jest to książka sÅ‚aba, lecz po prostu odmienna. Wydaje mi siÄ™, że by mogÅ‚a ona peÅ‚nić rolÄ™ pewnego wprowadzenia do twórczoÅ›ci
Dicka dla osób przyzwyczajonych do bardziej „klasycznej” literatury, niźli uprawianej przez Kalifornijczyka z wyboru przez wiÄ™kszÄ… część jego przedwczeÅ›nie zakoÅ„czonego życia.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|