Jest takie znane powiedzenie – „nie ocenia siÄ™ książki po okÅ‚adce”, czy jakoÅ› tak. Fakt, nie powinno siÄ™ tak robić, zresztÄ… nie tylko w przypadku książek. Ale czy nie zdarzyÅ‚o wam siÄ™, czÄ™sto irracjonalnie potraktować czyjÄ…Å› powierzchniowość jako niewiarygodnie odpychajÄ…cÄ…, mimo, iż nie jest ona fizycznie odrzucajÄ…ca. Mnie spotyka to dosyć systematycznie, kiedy widujÄ™ pewnÄ… osobÄ™ dopuszczonÄ… do mojej rodziny za poÅ›rednictwem caÅ‚kiem bliskiego krewnego. JeÅ›li kojarzycie typ biurwy (jak piÄ™knie to sÅ‚owo siÄ™ rymuje ze znanym przekleÅ„stwem), nie znajÄ…cej siÄ™ na niczym, ale twierdzÄ…cej, że ma Å‚eb nie od parady, to być może znacie mój ból. Podobnie jak twarz owej osoby potraktowaÅ‚em okÅ‚adkÄ™ „Córki wiedźmy” autorstwa Pauli Brackston jako coÅ› niesamowicie odpychajÄ…cego. Nie żeby oprawa graficzna byÅ‚a źle skomponowana (chociaż MatejkÄ… to to też nie jest), ale byÅ‚o w niej coÅ› co mi powiedziaÅ‚o: „Stop! Wyrzuć, zakop, spal. W dowolnej kolejnoÅ›ci!”. Niemniej zwalczyÅ‚em pierwsze wymioty i zagłębiÅ‚em siÄ™ w lekturze. Co byÅ‚o dalej?
Im bardziej wczytywaÅ‚em siÄ™ w „romans historyczny z elementami współczesnej powieÅ›ci fantasy”, tym bardziej uznawaÅ‚em swój pierwszy odruch za stosowny. Romans, romansem, ja nie przepadam, mimo , iż zapewne funkcjonuje jakiÅ› dobry reprezentant tego gatunku, którego nie spotkaÅ‚em. Ale czym jest „współczesne fantasy”? Czy
Tolkien jest już „archaiczny”,
Pratchett i
Sapkowski należą do „okresu klasycznego”, a wypociny pani
Brackston sÄ… „współczesne”? Odpowiedź pozostawiam wam.
Co do fabuÅ‚y. Na kartach książki poznajemy Elizabeth Hawksmith, czarownicÄ™ w wieku 384 lat. PrzeÅ›ladowana i wybiedzona przez burzliwÄ… historiÄ™, Elka dociera do Wierzbowej Zagrody, gdzie po raz pierwszy może spokojnie zÅ‚apać oddech. Jej spokój nie trwa jednak dÅ‚ugo, miÄ™dzy warzeniem jadu skorpiona a ubijaniem magicznego kotleta do wiedźmy przybywa Tegan, niezauważana przez matkÄ™ nastolatka, bÄ™dÄ…ca najbardziej peÅ‚nokrwistÄ… postaciÄ… caÅ‚ej powieÅ›ci i z czasem stajÄ…ca siÄ™ jej uczennicÄ…. Sama Elizabeth przez dÅ‚ugie stulecia ucieka przed wÅ‚asnym mistrzem, najgorszym ze „szwarccharakterów” w historii literatury, którego spotkamy również w Wierzbowej Zagrodzie. WiÄ™cej zdradzać nie trzeba, bo ani to ciekawe, ani potrzebne.
Plusy są dwa: czytelna, duża czcionka wraz z przyzwoitą oprawą graficzną (poza tą okładką), i nazwanie rozdziałów oryginalnymi nazwami świąt celtyckich np. Beltane, Imbolc, czy Litha. No i tyle.
Opisy rytuałów magicznych są, delikatnie mówiąc, przerysowane, dialogi drętwe. Chociaż w przypadku dzieł tłumaczonych można tego typu błędy stylistyczne zarzucić tłumaczowi. Nie mam dostępu do oryginału, więc ciężko mi to stwierdzić. Kreacje postaci, poza wyżej wspomnianą Tegan nie przykuwają uwagi i będąc świeżo po lekturze, ciężko mi wymienić innych bohaterów książki (czekaj, jak miał ten zły mistrz magii na imię?). Wątki historyczne być może i oddają charakter poszczególnych epok, ale żyjące w nich postacie, już niekoniecznie.
PodsumowujÄ…c, książka jest nie warta polecenia. Na półkach piÄ™trzy siÄ™ dużo wiÄ™cej ciekawszych tytułów po takiej samej, a nieraz nawet niższej cenie. „Romans historyczny z elementami współczesnej powieÅ›ci fantasy” przemianowaÅ‚bym na „harlequina w realiach pseudo-historycznych z elementami ludowego folkloru i klimatów New Age”.
|
| Autor: Regis
|
|
|
|
|