Virion po raz kolejny staje twarzą w twarz z przeznaczeniem. Przeznaczenie, w osobie Horecha, nie poderżnęło mu jednak gardła, a jedynie zażądało wódki. Stary Szermierz Natchniony zobaczył w młodym uciekinierze coś, co wyrwało go z pijackiego marazmu. To samo zobaczył w przebudzonej Niki.
Droga mÅ‚odego Viriona do zostania „Tym Virionem” wÅ‚aÅ›nie siÄ™ rozpoczęła.
Taida, Luna, Anai, Kila - żadne z nich nie przeczuwa, że wszystkie ich plany, wszelkie zaszczyty i poniżenia jakie teraz są ich udziałem, zostaną obrócone w proch. Z taką samą łatwością, z jaką Szermierz Natchniony strząśnie z ostrza kroplę krwi. Ich krwi.
Andrzej ZiemiaÅ„ski jest pisarzem o ewidentnie lekkim piórze, choć jakość jego dzieÅ‚ może wzbudzać kontrowersje. O dziwo jednak nie oddaje siÄ™ on jednak pomniejszym historiom, lecz konsekwentnie – co być może zaskakujÄ…ce dla niego samego – kreuje on istne uniwersum, na które spoglÄ…da z coraz to odmiennych perspektyw, tak jak w trzeciej odsÅ‚onie
cyklu (który z uwagi na jego rozmiary trudno uczciwie poprzedzić przedrostkiem „mini”) poÅ›wiÄ™conego Virionowi.
Postać ta w mej ocenie jest najciekawszą z grona wszystkich pierwszoplanowych, które dane było stworzyć autorowi, co poniekąd było pochodną jego antyheroickości, podatności na błędy, mimo że znawca twórczości Ziemiańskiego doskonale wie, że w istocie kryje się za nią przyszły superbohater. Niestety, w końcu zaczyna ona ulegać nawet nie przeobrażeniu, co przepoczwarzeniu.
W konsekwencji czytelnik jest raczony monomitem starym niczym ludzkość, a mianowicie przypowieścią o uczniu i jego mentorze, niejako w dwóch odsłonach, raz wiodącej na manowce, przy innej okazji zaś prowadzącej ku szczytom. Motyw to oklepany i niestety autorowi, choć wdzięcznie go prowadzącemu, nijak nie udało się uciec z obierzy wtórności.
Nie oznacza to bynajmniej, iż lektura całości nie dostarcza przyjemności bądź nie świadczy o jakimkolwiek rozwoju twórcy. W końcu (!) postacie potrafią się zdobyć na użycie wulgaryzmu, choć ich obelżywość jest raczej rubaszna, nie niesie ze sobą ciężaru właściwego dla adekwatnych słów w ustach tytanów gatunku, krajowych czy zagranicznych.
„Adept” znakomicie siÄ™ sprawdza jako lektura na zajÄ™cie dÅ‚uższej czy krótszej chwili tudzież panaceum na chandrÄ™, majÄ…ce sÅ‚użyć poprawie humoru. Trudno pozycji tej przypisać jakiekolwiek głębsze ambicje, acz w ramach skromnoÅ›ci swych zamierzeÅ„ potrafi dostarczyć czystej czytelniczej przyjemnoÅ›ci.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|