Oto nadchodzi czas ostatecznego rozstrzygnięcia. Nadchodzi dzień, który będzie tym ostatnim. Świat nie skończy się jednak z hukiem ani nawet ze skowytem. Tego dnia końcowi świata towarzyszyć będzie doskonała muzyka najlepszej kapeli w mieście.
Wojny wywiadów, przepowiednie popychające do samobójczych misji, pojedynki, o których pamięć nigdy nie zaginie, a wreszcie spełnienie największego marzenia Viriona. Tak oto przechodzi się do legendy.
Zawsze jestem rozdarty sięgając po „ente” odsłony niektórych cykli. Z jednej strony po raz kolejny pozwalają mi one wrócić do ukochanych uniwersów, wzbogacić je o nowe wątki, dzięki którym ich światy okazują się jeszcze bardziej atrakcyjne. Z drugiej nieraz sprowadza się do pożerania własnego ogona i sprowadzenia do absurdu pierwszych pomysłów.
Andrzej Ziemiański z umiarkowanym może powodzeniem, lecz z reguły był w stanie uniknąć tych ostatnich wnyków. Czy to samo dotyczy drugiego tomu
podcyklu „Legenda Miecza”?
Wrocławski pisarz nie przestał „czuć” swojego uniwersum, choć zaryzykuję tezę, iż zaczyna dać się odczuwać, że jego pióro stało się nieco cięższe niźli to dawniej bywało. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów przyłapałem się na tym, iż dotarcie do ostatniej strony zabrało mi stosunkowo dużo czasu. Nie oznacza to bynajmniej, że męczyłem się podczas lektury, lecz wcale nie byłem szczególnie zainteresowany „połykaniem” kolejnych i kolejnych rozdziałów.
A może to po prostu efekt starzenia się tyleż mego, co i tytułowego Viriona? Postać ta może nieodmiennie jawi się jako niewzruszona skała stabilności w szalejącym wokoło świecie, lecz po części kosztem pewnego zobojętnienia na kolejne bijące w nią fabularne wichry. Może „po prostu” Virion stał się zanadto przewidywalny, może już nie tak łatwo jest zaskoczyć czytelnika, w kierunku którego dotychczas rzucano właściwie każdym możliwym cliffhangerem?
Wytłumaczenie może jednak być prostsze. Znawcy prozy
Andrzeja Ziemiańskiego doskonale pamiętają, kiedy po raz pierwszy można było zapoznać się z postacią Viriona, nie zapomniał o tym również sam pisarz. W konsekwencji postępująca metryka tytułowego bohatera jest równoznaczna z zapuszczaniem się przez twórcę na specyficzne pole minowe, który jednak z ostrożnością omija potencjalne nieszczęście.
O specyfice przedmiotowej publikacji świadczy fakt, że
„Ona” w istocie domyka przedmiotowy podcykl – wszak najkrótszy w historii, a przynajmniej takie wrażenie można odnieść wrażenie po jego zakończeniu. Wrocławianin rzecz jasna zostawił sobie pewne furtki-punkty wyjścia ku kolejnym kontynuacjom, ale może też uczciwie powiedzieć sobie i czytelnikom: „wystarczy”.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|