W umierającym świecie, w którym ludzie są odurzeni narkotykami i pogrążeni w elektronicznej błogości, gdzie nie ma sztuki, literatury i nie rodzą się dzieci, gdzie niektórzy wolą dokonać samospalenia niż dalej żyć, Spofforth jest najdoskonalszą maszyną, jaką kiedykolwiek stworzono. Mimo tego ma tylko jedno, niemożliwe do spełnienia pragnienie – chce przestać istnieć. Jednak nawet w tych ponurych i przygnębiających czasach pojawia się iskierka nadziei, którą stanowią namiętność i radość, jakie pewien mężczyzna i pewna kobieta odkrywają w miłości i książkach. To nadzieja na lepszą przyszłość, a może nawet nadzieja dla Spoffortha.
W ostatnich latach mamy do czynienia z triumfalnym pochodem tzw. prawicowej rewolucji, grup politycznych często mocno sobą różniących się sentymentami i resentymentami, nieraz nawet skrajnie od siebie odległymi, łączącymi się tak naprawdę tylko niezadowoleniem wobec propagowanych wizji przyszłości, jak też sugestiami ich „oczywistości” i „jedyności”. Tego rodzaju uczucia nie są jednak przypisane wyłącznie do trzeciej dekady XXI stulecia.
Walter Tevis to pisarz mało znany w kraju nad Wisłą, a i w swej ojczyźnie daleki od statusu tytana czy choćby twórcy kanonicznego. Jego
„Człowiek, który spadł na ziemię” wskazywał na duże zainteresowanie życiem wewnętrznym, choćby i pozaziemskiego bytu. I owo zwrócenie „ku środkowi” pojawia się również w
„Przedrzeźniaczu”.
Przedmiotowa książka rozgrywa się w bardziej futurystycznym „anturażu” niźli to miało miejsce w drugiej z omawianych powieści. Mamy do czynienia z robotami, komputerami czy społeczeństwami przyszłości, niewątpliwie nieco przerysowanymi, acz wciąż „strawnymi” pomimo upływu dekad. Czasami można się zirytować i zastanowić na ile
Walter Tevis był amerykańskim
Marcinem Wolskim swoich czasów, choć jego pióro cechuje się chyba jednak mniejszą nachalnością.
Zastrzeżenia wzbudza u mnie polskie tłumaczenie tytułu książki, sprowadzające czytelnika na manowce. Owszem, polska nomenklatura ornitologiczna zna nazwę „przedrzeźniaczy” – nie stanowi ona autorskiego wymysłu tłumacza (żaden to chyżwar) – ale dany wyraz wywołuje u statystycznego Polaka raczej inne skojarzenie. Co więcej, funkcjonuje u nas również tłumaczenie tego wyrazu z innej, bardziej znanej powieści, jako „drozda” (choć to tłumaczenie również nieoczywiste).
„Przedrzeźniacz” to książka niby futurystyczna, a jednak nade wszystko odwołująca się do zadumy. Nie cechuje się wartką akcją ani specjalną głębią, lecz potrafi się przypomnieć nawet wiele dni po zakończeniu lektury.
|
| Autor: Klemens
|
|
|
|
|