Szymek Czarodziej jest jedną z tych serii, którą poturbował nieco czas. Pierwsza część debiutowała w roku 1993, „dwójka” trzymała poziom, część trzecia podążyła śladem koszmarnych przeskoków wypróbowanych marek w świat 3D (zresztą podobne boleści przeżywały również Monkey Island i Gabriel Knight), a kolejne… cóż, obecnie mało kto je kojarzy. Powroty dawnych serii mogą być udane, ale trzeba to zrobić z głową. Nowa część Szymka zrzuca z siebie klątwę 3D i wraca do dwóch wymiarów, prezentując się tym razem w rysunkowej oprawie - ale czy to wystarczyło?
Poznajemy Szymka w momencie, kiedy wraz z rodzicami przeprowadza się do nowego domu. Po animowanym intrze, w którym mamy okazję posłuchać
„Together Forever” od legendarnego
Ricka Astley’a, towarzyszymy Szymkowi w zwiedzaniu domu. Przy okazji doświadczamy komicznego tutorialu, w postaci mamy Szymka, która upomina go aby nie robić pewnych rzeczy, będących przypadkowo tylko elementami sterowania w przygodówkach. Jednak gdy próbujemy dostać się do przyszłego pokoju chłopaka, ruszają tryby przeznaczenia i zamiast tego ląduje on w magicznej krainie rodem z powieści fantasy. Szymek okazuje się być „bezczelnym chłopakiem”, o którym mowa w pewnej przepowiedni i ma ponoć znaleźć magiczne księgi ukryte przez Pierwszego Czarodzieja. Księgi, na które zasadza się też pewien ambitny czarodziej z magicznej akademii o znajomo (dla weteranów serii) brzmiącym imieniu.
Gra jest bardzo klasyczną przygodówką point’n’click, przy której fani gatunku poczują się jak w domu, w więcej niż jednym tego słowa znaczeniu. Zbieranie wszystkiego co się da i bycie dupkiem, nawet niechcący, wydaje mi się być wręcz koniecznym elementem tychże gier. Simon nie jest może jakoś specjalnie szkodliwy w tej części (w końcu to tylko prequel, a dwunastolatek dopiero wkroczył na usianą zbrodniami ścieżkę bohatera przygodówki), ale mamy tutaj trochę wredoty i bezczelności. Możemy zostać wyklęci jako heretyk, ukraść tożsamość ucznia akademii magów, podprowadzić jałmużnę z lokalnej świątyni i zrobić parę innych ciekawych rzeczy. Wszystko w imię ukończenia rozgrywki!
Pierwsza część
Simon the Sorcerer wymagała trochę łowienia pikseli oraz używania klasycznych komend w formie czasowników. Tutaj mamy nowocześniejsze rozwiązania – klikanie i oczywiście pasek dostępnych przedmiotów. Co ciekawe jednak, Szymek w czasie rozgrywki nabywa umiejętności magiczne, a nawet zmienia właściwości swojego kapelusza na przedmioty, co wpływa na niektóre znaleziska. Te elementy są dostępne zaraz przy pasku ekwipunku. No dobrze, ale jak to jest z zagadkami? Otóż spieszę powiedzieć, że jest całkiem przyjemnie. Nie powiedziałabym, że logika w owych zagadkach jest z kosmosu, chociaż na pewno wymagają one dociekliwości (zwłaszcza przy zdobywaniu czarów). Najważniejsze jest to, aby nie zapominać o tym, że przedmiotów i zaklęć można używać też na samym Szymku. Niestety, jeżeli ktoś nie gra za dużo w przygodówki, zwłaszcza te klasyczne, to może się czasem zaciąć. Gra nie posiada skutecznego systemu podpowiedzi. Czasem możemy pogadać tylko ze starym czarodziejem Kalipso o frapującym nam problemie, ale komentarze jego i Szymka bywają mocno ogólnikowe, albo są pretekstem do paru żartów. Gra posiada również system szybkiej podróży, który, choć ograniczony, można policzyć na plus. Szymek na szczęście przy podwójnym kliknięciu potrafi też chodzić sporo szybciej, co przyspiesza przechodzenie z ekranu do ekranu. Także przynajmniej przemieszczanie nie powinno przyprawić nikogo o ból głowy.
Oprawa audiowizualna jest chyba największym plusem tego tytułu. Mamy bardzo ładną kreskówkową grafikę, śliczne animowane cutscenki i po prostu czarujące (hehe) animacje postaci. Całość wygląda jak odcinek jakiegoś serialu. Plansze, po których się poruszamy, są bardzo ładne, pełne drobnych śmiesznostek (jak reklamy Jedynego Pierścienia) i interesujących postaci tła – nawet gdy nie z każdym możemy porozmawiać. Czasami zastosowano tylko trochę niefortunne zbliżenia, które troszkę rozmywają kreskę.
Gra jest w pełni udźwiękowiona i to na naprawdę świetnym poziomie. Szymek nie szczędzi nam w czasie rozgrywki sarkastycznych komentarzy, a nawet łamania czwartej ściany (co nie jest nowe dla serii), towarzyszy nam bardzo przyjemna muzyka, a każda postać jest bardzo charakterystyczna (chyba najbardziej polubiłam gadające postacie z obrazów w Akademii) i przyjemnie się jej słucha. Niestety, nie możemy liczyć na polski dubbing, a szkoda. Dostaliśmy za to na premierę całkiem niezłe tłumaczenie napisów, stąd też używany przeze mnie w recenzji swojski „Szymek” zamiast „Simona”.
Podsumowując – dla mnie osobiście
Simon the Sorcerer Origins wydaje się być naprawdę udanym powrotem, choć nie każdy pewnie będzie zadowolony z „bezpiecznego” statusu prequela (no… Szymek też zjadliwie to komentuje). Doszły mnie jednak słuchy, że twórcy pracują nad remakiem pierwszej części
Szymka… więc może cała seria przeżyje, podobnie jak cykl
Broken Sword, wielki powrót. Chociaż w takim wypadku, ciekawe co
Smallthing Studios zrobi z „trójką”?
Metryczka
| Grafika |
100% |
| Muzyka |
95% |
| Grywalność |
90% |
|
|
Ocena końcowa |
95% |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 10 |
20 |
30 |
40 |
50 |
60 |
70 |
80 |
90 |
100 |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| 10 |
20 |
30 |
40 |
50 |
60 |
70 |
80 |
90 |
100 |
|
+ / -
Wymagania systemowe
|
Procesor 3.0 GHz, 8 GB RAM, karta graficzna 2 GB GeForce GTX 1050, 5 GB HDD, Windows 10.
|
„FaultyGear”
|
| Autor: FaultyGear
|
|
|
|
|