Z dala było słychać śmiech kobiecy. Przedzierając się przez liczne sosny i modrzewie można było dostrzec niewielką polanę pośród drzew. Na tej polanie od świtu do nocy pracowały białogłowy, użyźniając ziemię. Pomagały im wyrostki, wykopując kamienie i resztki spróchniałych korzeni. Mężowie udali się do innej osady, pewni, że sąsiedzi rzucili urok na ich wioskę. Wzięli ze sobą topory, widły, kije, co kto posiadał. Choć mieli nadzieję na pokojowe zakończenie sporu, na wszelki wypadek woleli nie kusić Licha. Głodni i źli, gdyż rok był niepomyślny i zboże zaraza zjadła, opuścili wioskę na wiele dni, pozostawiając kobiety, młodzików i starców. Harowali wcześniej przy wyrąbywaniu puszczy i wykopywaniu korzeni i teraz radzi byli, że mogą udać się w wędrówkę. Jeśli nawet sąsiedzi nie będą chcieli odwrócić uroku to Zarzeczanie, bo tak się zwali, mają broń i niemało łupu przywiozą do osady. Białogłowy spierały się każdego dnia, czy będzie bitka, czy raczej mężowie ugodzą się z sąsiadami.
Z gąszczu wyłonił się jeździec. Miał szarą, długą szatę i ogoloną głowę. Nawet z daleka błyszczał się wyszyty na piersi srebrnymi nićmi krzyż. Kobiety przyglądały się z ciekawością, dopóki na polanę nie wjechali kolejni jeźdźcy. Ci mieli kolczugi, zbrojne pasy. U boku każdy dzierżył miecz, a okrągłe tarcze miały znak topora i krzyża. Osadnicy rozpierzchli się we wszystkie strony krzycząc i pojękując. Nie widzieli w swoim życiu takich dziwów, jednak rozumieli, że grozi im niebezpieczeństwo.
Jeden młodzik stał nieruchomo na kraju polany i trzymał w rękach duży kamień, który wykopał z ziemi. Nie wiadomo czy ze strachu, ciekawości czy odwagi nie uciekł on ku domostwom. Hieronim podjechał do niego i spokojnym głosem zapytał o przewodnika.
Młodzieniec zdziwiony, że takie dziwa mogą rozumieć i naśladować ludzką mowę odzyskał głos i zaczął opowiadać o wyprawie chłopów do innej wioski. Ugryzł się w język, rozumiejąc, że wyjawił zbyt wiele. Jeździec zmarszczył czoło i odrzekł coś swoim towarzyszom w nieznanej, śpiewającej mowie. Jeźdźcy byli zniecierpliwieni. Hieronim zszedł z konia i spokojnie przemówił do młodzika.
– Przybywamy z dalekiego kraju, by szerzyć jedynÄ… prawdziwÄ… wiarÄ™. Potrzebujemy przewodnika, bo musimy przebrnąć przez puszczÄ™ i dostać siÄ™ na północ do wioski zwanej Oprawy.
Młodzik zastanowił się chwilę. Pogładził się po rzadkim wąsie, który był widomym znakiem, że mężem jest dorosłym. Przypomniał sobie słowa ojca, który opowiadał o nowym bóstwie, które wdziera się w puszczę i ponoć silniejsze jest od samego Świętowita. Ojciec prawił, że prędzej czy później Nowe nadejdzie, a starzy bogowie odejdą w niepamięć. I choć nikt mu w osadzie nie wierzył i ludność nadal składała dary świętym dębom, syn słuchał z uwagą, czerpiąc wiedzę z każdego słowa rodzica. Teraz widział, że w słowach tych było wiele prawdy.
– MogÄ™ was przeprowadzić przez puszczÄ™ – mÅ‚odzieniec chciaÅ‚ siÄ™ dowiedzieć czegoÅ› o Kyryi Krystii. – Tylko muszÄ™ wrócić do chaty i przygotować siÄ™ do wyprawy.
– Jak siÄ™ zwiesz, chÅ‚opcze? – zapytaÅ‚ jeden z jeźdźców
– Izbor– wyrostek uÅ›miechnÄ…Å‚ siÄ™ pokazujÄ…c rzÄ…d krzywych, żółtych zÄ™bów.
Jeźdźcy podążyli za mÅ‚okosem, niezbyt radzi, że przewodziÅ‚ im bÄ™dzie smark, lecz nie mieli wyjÅ›cia. Izbor kroczyÅ‚ przed krucjatÄ…, wypinajÄ…c dumnie pierÅ›. CzuÅ‚ siÄ™ ważny. Nowy Bóg nadejdzie i on bÄ™dzie w tym uczestniczyÅ‚. Ojciec bÄ™dzie dumny, gdy syn przyczyni siÄ™ do speÅ‚nienia przepowiedni, jakże wyÅ›mianej przez osadników. MijaÅ‚ kolejne domostwa i widzÄ…c, że dziesiÄ…tki oczu obserwujÄ… każdy jego ruch, pyszniÅ‚ siÄ™ jeszcze bardziej. W chacie dÅ‚ugo wyjaÅ›niaÅ‚ matuli powód przyjazdu przybyszy. Straciwszy ostatecznie cierpliwość wyszedÅ‚, wprawiajÄ…c kobietÄ™ w osÅ‚upienie. Jeszcze tego samego dnia jeźdźcy przebrnÄ™li rzekÄ™ i znaleźli siÄ™ w dalekim zakÄ…tku puszczy. Ruszyli ku nowemu…
NadeszÅ‚o Nowe – opowiadanie
|
|
|
|
|
| << poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | następna >>
|